MARIAN CURZYDŁO

HARLEY-DAVIDSON KUMPEL NA DWÓCH KÓŁKACH

Artykuł ukazał się we wrześniowym numerze (09/2007) miesięcznika "NASZ RYNEK KAPITAŁOWY"
Autor tekstu Krzysztof Sakowski, fotografie Artur Zych i Marian Curzydło.

HARLEY to szacunek, podziw, inspiracja, a przede wszystkim realizowanie własnych wyobrażeń o wymarzonym modelu - mówi nam Marian Curzydło, który swoją motocyklową przygodę zaczął w latach 70. Co takiego niezwykłego mają w sobie harleye, poza tym, że są hałaśliwe, piekielnie drogie i ciężkie jak mały czołg?

SZARY TOWARZYSZ.
Kiedy w 1901 roku trzech przyjaciół  William S. Harley, Arthur Davidson oraz Walter Davidson skończyli budowę czterech silników do zabudowy rowerowej, nawet przez myśl im nie przeszło, że stworzyli legendę. Plotka głosi ze pierwszy z Harleyów miał zrobiony gaźnik z puszki po pomidorach i kosztował grosze. Czasy się zmieniły, zmieniły się również Harleye, ale nadal w taki sam sposób oczarowują prawdziwych fanów motorów, którzy potrafią poświęcić swoim cacuszkom każdą wolną chwilę. Pierwsze harleye wyjechały na drogi w 1903 roku. Nosiły nazwę Silver Grey Fellow (milczący szary towarzysz), pochodzącą od koloru farby, którą były malowane. Fani mówią, że harley to nie motocykl, ale kumpel. Kto raz zaprzyjaźnił się z tym pojazdem-legendą, już do grobowej deski pozostanie mu wierny. Tak jak Marian Curzydło, krakowski fotografik i projektant.

TYLKO POWYZEJ PÓŁ LITRA
- Wszystko zaczęło się w szkolnej ławie Technikum Mechanicznego. Razem z przyjacielem Bogusiem "Cipiórem " Sikorą po prostu zachorowaliśmy na motocykle o dużych pojemnościach. Stało się dla nas jasne, że nie ma co sobie zawracać głowę czymś mniejszym niż 0,5 litra. Oczywiście nie chodziło o alkohol tylko o pojemność silnika - wspomina ze śmiechem Marian Curzydło. Wyglądem zupełnie nie przypomina "klasycznego" harleyowca z amerykańskich filmów drogi. Ani wielgaśnego brzucha, ani patriarchalnej brody, a i piwo smakuje z umiarem. Prowadzi poważną firmę i jest znanym artystą fotografikiem. Jednak chwila rozmowy wystarcza by nabrać przekonania, że bije w nim serce prawdziwego pasjonata harleya. Jako siedemnastolatek kupił swój pierwszy motocykl od chłopa z podrzeszowskiej wsi. Było to BMW R71 o pojemności  silnika 750cm3 z 1943 roku. - Zjeździłem Polskę z góry na dół, uczestnicząc we wszelakich imprezach motocyklowych, np. kultowych zlotach lat 70-tych w Wolsztynie. Przesiadka na Harleya - Davidsona była tylko kwestią czasu, no i stało się... Choć w tamtym okresie nie mogło to być nic innego jak tylko "wuelka" - dorzuca. Po latach jazdy fabrycznymi modelami Harleya (WLA, Bad Boy, Softail Std., Electra, Fat Boy) Marian Curzydło postanowił utrudnić sobie życie.

"ZWIERZEM" W TRASIE.
- Coś mnie natchnęło podczas powrotu z wyprawy do Barcelony, gdzie świętowaliśmy 100- lecie istnienia Harleya. Pojechałem tam na Electrze. Po tej podróży stwierdziłem, że jazda fabrycznymi modelami Harleya, w szczególności modelami turystycznymi,  to nudy. Chciałem stworzyć coś niepowtarzalnego i wyjątkowego. Sprzedałem Electrę i zacząłem rozglądać się za czymś innym - opowiada Curzydło. W 2004 roku, wraz ze swoim  motocyklowy przyjacielem "od zawsze" -"Cipiórem"  - rozpoczęli projekt o nazwie "Harley Spirit". Efektem ich prac miał być klasyczny chopper. Jednak przez przypadek wpadł im w ręce pojazd z silnikiem Harleya evo1340 z kompresorem MagnaCharger. Z pozyskanego sprzętu zostawili tylko napęd i ramę reszta trafiła na śmietnik. Po rocznej, gruntownej przebudowie powstał niezwykły Harley Spirit typu "drag", zwany potocznie "Zwierzem" o potężnej mocy ponad 150KM.  Tak powstał pierwszy  w Polsce harley z mechanicznym kompresorem i  instalacją podtlenku azotu. - Popatrzyliśmy na nasze "dziecko" i zadaliśmy pytanie: czy czymś takim można w ogóle jeździć? W czerwcu 2005 roku udowodniłem, że zdecydowanie tak. W ciągu kilku dni pokonałem trasę ponad 4000 km (Kraków - St Tropez - Kraków). Wspaniała przygoda i wielka satysfakcja - "Zwierz" nie zawiódł, trasę pokonałem bezawaryjnie, a Spirit okazał się rasowym połykaczem szos. W sumie przez dwa lata przejechałem na nim wiele tysięcy km - wspomina. Po pierwszych udanych doświadczeniach przyjaciele postanowili  powrócić do pomysłu budowy od podstaw ekstremalnego choppera. Założenia były jasne: silnik 2,2 litra z kompresorem i instalacją podtlenku azotu (ponad 200KM), w sztywnej ramie z tylnym kołem 300 mm. Rozpoczęli przygotowania do budowy, zamówili silnik i.... tragiczna śmierć Cipióra przerwała wszystkie plany.

NAGRODA ZA "HEMOROIDA"
- Wtedy na pewien czas postanowiłem zapomnieć o Harleyach i zamknąłem garaż - urywa Curzydło. Ale Harleye nie zapomniały o nim. W głowie Mariana powoli dojrzewał kolejny pomysł na budowę oryginalnego motocykla. - Kupiłem dobrze już "zmęczonego" Harleya springera. Jego przebudowa trwała 159 dni i tyleż dni nie widziano mnie w firmie. Powstał oldschoolowy  bobber. Ze względu na totalną  przebudowę (np. modyfikacja ramy) dokupiłem trochę  sprzętu, aby jak najmniej prac podzlecać. Dzięki temu mogłem sobie wytoczyć, to co chciałem, i pospawać tam gdzie mi pasowało. Ten styl mi odpowiada najbardziej. Oldschoolowo ale nowocześnie. Zawieszenie springer, rama typu softail - udająca sztywne zawieszenie, siedzenie na sprężynach, gaźnik, a jednocześnie amortyzatory pneumatyczne, elektroniczny zapłon, hamulce tarczowe i pas napędowy. A do tego instalacja podtlenku azotu  (tzw.nitro) aby było jeszcze bardziej "odjazdowo". - I jeszcze ta dumna, budząca szacunek i grozę, nazwa - "Hemoroid" - wybucha śmiechem. "Hemoroid" odwdzięczył się konstruktorowi zdobyciem pierwszej nagrody za wygląd i oryginalność na jednym z motocyklowych zlotów.

BASOWY ŚPIEW SILNIKA
Jest coś, co łączy niemal wszystkie Harleye - to niespotykane w innych motocyklach brzmienie silnika. Aby swego specyficznego dźwięku nie stracić również dzisiaj, kiedy powstają nowoczesne i ciche silniki, bezgłośne wydechy itd., firma zainwestowała 15 mln dol. w laboratorium dźwięku. W ten sposób miłośnicy marki, kupując kolejne modele, wciąż mogą się cieszyć tym samym - jak mawiają - gangiem silnika. Legenda nie musi być cicha. Aby kierowca mógł się poczuć jak prawdziwy easy rider z filmu z 1969 r. o tym samym tytule, silnik jego motoru musi być słyszany z daleka. - Nie jest to uciążliwe dla kogoś kto przywykł do tego "śpiewu". Moimstylem podróży jest samotna jazda, więc mogę rozkoszować się dźwiękiem silnika mojego Harleya. Nie przeszkadza to w koncentracji, a wręcz przeciwnie; pomaga mi to. Ale jeśli chodzi o polskie drogi jazda na Harleyu to prawdziwa walka o życie - nie ukrywa Curzydło.- Może to się wydać dziwne, ale jeśli ktoś chciałby mieć "tylko  motocykl", to odradzam Harleya. Są inne, lepsze technicznie i bardziej odjechane marki. Harleye są naprawdę dla pasjonatów - przestrzega Marian Curzydło - ale nie wszyscy to rozumieją. Śmieszy mnie jak widzę podczas zlotów kiedy gro ludzi przyjeżdżających na nie samochodami z lawetami na których stoją  motocykle. To taka wyprawa na pokaz, ale tak naprawdę chodzi o to, że jazda harleyem nie należy do najłatwiejszych, szczególnie na tych zbudowanych  indywidualnie. Tylko z zewnątrz wygląda na prostą i wygodną, a tak nie jest - dodaje.  Przeżył wiele niezapomnianych wypraw na swoich motocyklach, ale najcieplej wspomina wyjazd w 2005 roku do Saint Tropez. W kilka dni przejechał ponad 4 tys. km. - A był dzień  w ciągu którego pokonałem dystans ponad tysiąca kilometrów. Podczas tej wyprawy, jadąc krętymi alpejskimi serpentynami, zdobyłem wysokość ponad 2000 m. Tego się nie da zapomnieć - dodaje.

 DLACZEGO HARLEY?
- Na pytanie: "Czemu jeździsz Harleyem?" jest tylko jedna odpowiedź: If I have to explain, you won't understand (jeśli muszę tłumaczyć - nie zrozumiesz). Ci, co mają harleya lub chcą go mieć, dokładnie wiedzą dlaczego. Natomiast tym, którzy tego nie rozumieją, wytłumaczyć się nie da - wzrusza ramionami Curzydło.
 Harley WLA 42