MARIAN CURZYDŁO

HEMOROID

Artykuł ukazał w 2008 roku w kwartalniku "CUSTOM" 3/2008.

Tekst Lech Wangin, zdjęcia Marian Curzydło

Rzadko można spotkać customowy motocykl, w którym mechaniczno - funkcjonalna baza i estetyczna forma tworzą razem tak harmonijną całość.

By stworzyć maszynę mechanicznie i funkcjonalnie sprawną, a do tego oryginalną, ładną i estetycznie dopracowaną w każdym szczególe, trzeba połączenia wiedzy mechanika i artystycznego polotu. No i trzeba też dużo wiedzieć o historii marki, na której bazie powstaje projekt. Wszystkie te cechy posiada właściciel i twórca zgrabnego bobbera widocznego na zdjęciach.

Marian Curzydło, znany w krakowskim środowisku harleyowców pod ksywką „Pacjent”, jest artystą fotografikiem i na co dzień para się fotografią i projektowaniem graficznym. Motocyklowa zakrętka dopadła go jeszcze kiedy był uczniem technikum mechanicznego. Wraz z kumplem ze szkolnej ławy Bogusiem „Cipiórem” Sikorą dłubali w starych motocyklach, bo nie pociągały ich produkowane w naszej części Europy dwusuwy. Jak wielu zafascynowanych motocyklizmen nastolatków marzyli o własnej ciężkiej czterosuwowej maszynie. Pierwszym motocyklem „Cipióra” był Ural, a „Pacjent” został dumnym posiadaczem BMW R 71 z lat czterdziestych. Mając już własne kółka rzucili się w wir motocyklowego życia. Zjeździli kraj wzdłuż i wszerz, balangując na zlotach. Nie omijali przy tym kultowych w latach 70. harleyowych imprez w Wolsztynie. Tak zaczęła się namiętność obu przyjaciół do żelaza z Milwaukee i pierwsze doświadczenia ze starym dolnozaworowym modelem WLA.

W latach 80. Marian poświęcił się stworzeniu własnej firmy i zamienił dwa kółka na cztery. Jednak jak życie uczy, kto raz został zauroczony amerykańskim motocyklem, ten nie wyleczy się z tej choroby nigdy. W połowie lat 90. Marian powrócił na szlak i ponownie dołączył do swego kolegi ze szkolnej ławy.  Miał kilka współczesnych modeli Harleya, ale w jego motocyklowej duszy wciąż grała nutka tęsknoty za dawnymi romantycznymi czasami, kiedy niemal każdy wyjazd w trasę musiał być okupiony garażową harówką, by przywrócić wysłużonym mechanizmom ich dawną sprawność.  Poza tym tylko jazda na własnoręcznie zmontowanej maszynie daje pełnię satysfakcji i zaspokaja potrzebę bycia indywidualistą. Tak narodził się projekt Harley Spirit. Było to wspólne przedsięwzięcie „Pacjenta” i „Cipóra”, a jego owocem miał być klasyczny chopper, który rzuci wszystkich na kolana. Stało się nieco inaczej. Przez przypadek obaj entuzjaści customizingu weszli w posiadanie drag bike’a. Maszyna miała długą ramę z wyraźnie obniżoną częścią podsiodłową i silnik Evolution doładowany mechanicznym kompresorem amerykańskiej firmy Magna Charger. Obaj Krakowianie zajęli się doprowadzeniem motocykla do technicznej i stylistycznej perfekcji. „Cipiór” wziął na siebie prace przy zespole napędowym, natomiast „Pacjent” zaprojektował i wykonał zupełnie nową karoserię. Choć maszyna wyglądała na salonowego show bike’a, który długie dystanse pokonuje tylko na lawecie Marian udowodnił, że jest inaczej zaliczając na kołach wyjazd do Saint Tropez, gdzie odbywał się międzynarodowy zlot entuzjastów amerykańskiej marki. Sukces wyostrzył customowe apetyty teamu „Harley Spirit” i wkrótce narodził się projekt nowej odjazdowej maszyny. Miał to być chopper z długim widelcem, sztywną ramą i tylnym laczem o szerokości 300 mm napędzany potężnym silnikiem o pojemności ponad dwóch litrów wyposażonym w kompresor i do tego jeszcze instalację nitro!

Niestety prace przy projekcie przerwała tragiczna śmierć Bogusia.

Marian bardzo mocno przeżył śmierć przyjaciela. Przez długi czas nie był w stanie nawet zbliżyć się do motocykla. Dopiero po paru miesiącach zasiadł za sterami nowego Fat Boya, ale tak jak dawniej jazda fabryczną maszyną nie dawała pełni satysfakcji. Powróciła zatem myśl o budowie czegoś indywidualnego, lecz realizacja projektu choppera z kompresorem nie wchodziła w grę, bo zaawansowany tuning mechaniczny był działką „Cipióra” Marian kupił mocno podmęczonego Bad Boya z 1996 roku i postanowił przekształcić go w minimalistycznego bobbera w klimacie lat 50. Rozkładając motocykl na czynniki pierwsze szybko przekonał się, że większość elementów nie daje nadziei na dalszą bezawaryjną eksploatację. O skali zużycia najlepiej świadczy fakt, że w widelcu Springer trzeba było wymienić ponad 90 ze stu części składowych.  Przed przystąpieniem do realizacji projektu Marian wzbogacił wyposażenie warsztatu o spawarkę TIG, tokarkę i frezarkę. Wziął też kilka lekcji u fachowców, by w praktyce przypomnieć sobie tajniki obróbki skrawaniem. Chciał w miarę możliwości sam zrealizować wszystkie prace. A było togo nie mało. Rama, choć pozostała oryginalna, została poddana koniecznym zabiegom stylizacyjnym. Cześć wsporników usunięto, a w ich miejsce pojawiły się nowe. Rolę fabrycznych tylnych amortyzatorów przejęły pneumatyczne firmy Progressive Suspension. Harley otrzymał piękne koła w klasycznym wąskim rozmiarze przyciągające wzrok gęstwiną osiemdziesięciu „skręcanych” szprych o przekroju kwadratowy. Oryginalny przyciężki tylny błotnik powędrował na śmietnik, a jego miejsce zajął zgrabny płyciutki błotniczek mocowany do wahacza i „chodzący” razem z kołem. Podnóżki kierowcy zastąpiły podłogi w stylu retro. Pora teraz wyjaśnić skąd wzięła się nazwa Hemoroid. Otóż w myśl założeń stylistycznych motocykl dostał metalowe chromowane siedzenie zaopatrzone tylko w dwie małe skórzane poduszki. Widok siodła wywołał natychmiastowe skojarzenie; „Na tym można się nabawić się hemoroidów”. Choć siedzenie prezentowało się doskonale ostatecznie zostało zastąpione większym siodłem Corbina. Trwało trochę zanim udało się dobrać do niego sprężyny dające odpowiedni komfort i pasujące wielkością do sylwetki maszyny. „Pacjent” nie byłby sobą gdyby nie zadał sobie wiele trudu, by perfekcyjnie dopasować drobne elementy dopełniające stylistyczny wizerunek maszyny. Tę rolę spełniają chromowane osłony z okrągłymi otworami na rurach wydechowych i chromowane blachy w podobnym stylu zdobiące tylny błotnik i zbiornik paliwa. Jakby lustrzanym ich odbiciem są chromowane kółka na przednim błotniku. Elementy te w połączeniu z czarnym lakierem dodają hot rodowego klimatu. Skoro już o tym mowa, warto wspomnieć, że motocykl Mariana, jak przystało na dwukołowego hot roda, odznacza się żywiołowym temperamentem, który zapewnia gaźnik S&S Super E zaciągający powietrze przez stożkowy filtr K&N. Kiedy jeździec zapragnie szczególnie mocnych wrażeń może uruchomić pokładową instalację nitro.

Praca przy tym sprzęcie kosztowała właściciela dokładnie 159 dni pracy, z czego ostatnie po 12, 14 godzin.

Nie trzeba chyba być specjalnym znawcą meandrów customizingu, by ocenić, że ta praca nie poszła na marne. Motocykl prezentuje się doskonale i ma swój styl, zresztą nie mogło być inaczej, skoro tworząc tą maszynę „Pacjent” chciał uczcić pamięć zmarłego tragicznie kolegi. Z pewnością drzemie w niej duch nieodżałowanego Bogusia „Cipióra” Sikory.

 Harley Springer Hemoroid